Wysepka na Wielkich Jeziorach


Spotykamy Johna przed Tim Hortons. Tim Hortons to nie jakiś tam bar, tu w Kanadzie Tim Hortons to punkt odniesienia, to instytucja. Jeśli się już gdzieś spotykać, to tu. Nie trzeba nawet wchodzić do środka, chodzi tylko o okazanie szacunku.Wsiadamy na łódkę Johna i już po chwili mkniemy wodami zatoki Georgian Bay na jeziorze Huron. Tutejsze widoki przypominają Mazury, choć wiemy, że gdybyśmy wypłynęli na wielkie wody Huron, nie dostrzeglibyśmy brzegu. W ogóle nasza mała łódeczka wywróciłaby się z wrażenia na widok fali, wszak Huron ma powierzchnie jednej piątej Polski…

Z każdym kilometrem robi się coraz ciszej i spokojniej, po 20 minutach dopływamy do prywatnej wyspy Johna, cumujemy przy prywatnym molo i wszystko zostawiamy. Kto miałby kraść? Tu nikogo nie ma. Na całej wyspie stoi tylko jeden dom otoczony drewnianymi tarasami i lasem. To już nie klimaty z Mazur tylko głęboka Kanada. Budynek ma taki kształt, żeby z każdego pokoju przynajmniej sto okien wychodziło na jezioro. Pachnie drewnem i blueberry pie. Powiewa kanadyjska flaga na wysokim maszcie. Dzieci fikają swobodnie po lasku, zbierają maliny, bawią się przy wodzie. Nikt się o nie nie boi. Chłopcy Johna mają 3, 7 i 9 lat i funkcjonują samodzielnie. Dostają kapok i have fun guys!

W ciągu minuty relaksujemy się po długiej podróży z Alaski przez San Francisco i Toronto. Jeszcze nie wiemy, ile nas tu czeka rozrywek na najbliższe półtora dnia. A będą to:
trampolina na łące, zbieranie dzikich malin i jagód w lasku, pływanie ze skokami ze skały, wycieczka przedszkolaków dmuchaną łódką, aperitif na werandzie, której okna wypełniają moskitiery zamiast szyb, pełnia księżyca, awaria prądu związana z wczorajszą wichurą, gry towarzyskie: chinese checkers, szachy i miejscowa gra crokinole (rodzaj gry w kapsle), opuszczanie flagi przy śpiewie Oh, Canada co wieczór, ognisko i pieczone pianki, spektakl teatralny w salonie p.t. „Game of Thrones”, spacer po wyspie, opłynięcie wyspy wpław, debata o emeryturze, regionach Kanady, podatkach, polityce zagranicznej, grafice bizantyjskiej oraz na tematy ogólno-turystyczne, poranne wciąganie przypadkowej flagi na masz przy śpiewie Oh Canada, joga na molo, wycieczka kajakami i… (tego nie było w planie Johna) nocne ząbkowanie Amalii.

Plan Johna wisi w korytarzu. To jakaś nieprawdopodobna mieszanka europejskiego zabiegania i ambicji z cudowną kanadyjską przyrodą i totalnym wyluzowaniem. Wszyscy są uśmiechnięci i nieprawdopodobnie mili dla siebie. Trochę tu jak na obozie harcerskim. Właściwie to jesteśmy bardzo szczęśliwi, choć nie możemy się pozbyć wrażenia szoku kulturowego po zachodnim wybrzeżu Ameryki Północnej. Tam wszystko było inne, powolniejsze, tam nikt nie miał planu, nikt nie nadawał sensu pojedynczym minutom wakacji. Powoli, bardzo powoli przerejestrowujemy się na wchodnio-amerykańską strefę czasową i strefę mentalną.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s