Na dzikim zachodzie

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Gdy mój dziadek wrócił w wieku 75 lat z podróży po Ameryce powiedział, że największe wrażenie zrobił na nim sedes. Amerykański sedes, który jest pełen wody, odwrotnie do naszego, niemal suchego. Zgadzam się z dziadkiem: w podróży najfajniejsze są takie odkrycia. Nie Statua Wolności na żywo tylko to, czego nie ma w przewodnikach, podręczniku geografii ani w filmie. Podróżne smaczki.

Jadąc do Ameryki dziadek spodziewał się mnóstwa rzeczy, ale nie takiego sedesu. Ja też spodziewałam się mnóstwa rzeczy, ale nie tego, co mnie tu w tej chwili otacza. Otóż mieszkam na Dzikim Zachodzie. I nie jest to skansen dla turystów, tylko zwykła, miejscowa codzienność. Tu czas zatrzymał się w XIX wieku i w ogóle nie ma potrzeby pędzić naprzód.

Życie w miasteczku Groveland toczy się wokół stuletniego saloonu. Jeśli nie wchodzi się do niego uderzając w wahadłowe drzwi (wielkie, wielkie rozczarowanie), cała reszta wygląda jak z westernu. Ściany zdobią głowy upolowanej zwierzyny, sufit przylepione jednodolarówki, przy długim barze siedzą kowboje. Kelnerka wiele w życiu widziała, plastikowa cerata w kratkę także. W oknie powiewa indiańska kompozycja z piór, na wypadek złych mocy. Saloon wita podróżnych o każdej porze. Wieczorem raczy piosenką na żywo. W nocy wyrzuca pijanych klientów na ulicę. Silnymi rękami kelnerki, która wiele w życiu widziała.

Po przeciwnej stronie ulicy znajduje się ubezpieczyciel poszukiwaczy złota. Obok więzienie. Każdy dom ma drewniany taras, na tarasie bujany fotel. Każdy znak drogowy przestrzelono w ramach ćwiczeń w celowaniu. W środy farmerzy przywożą towar na targ mięsno-kukurydziany.

Miejscowi mają dla ciebie tyle czasu, ile tylko potrzebujesz. Zawsze się zatrzymają, pomogą. Jeśli zapytasz o drogę, dowiozą cię aż do mety, żebyś się nie zgubił. Jeśli spytasz o radę, jak zamontować odpływ szamba z kampera, osobiście ci w tym pomogą! Nawet zwykła kasjerka w supermarkecie poświęca ci całą uwagę przekładając sprawnie towary. Wypyta o twoje życie, dołoży starań, żeby cię rozśmieszyć, opowie coś ciekawego. A gdy komuś podziękujesz za poświęcony ci czas, usłyszysz: Any time! My pleasure! You know where you can find me!

Na kempingu niedaleko Groveland wypożyczają miski zwane patelniami do łowienia złota. W mętnym, żółtym strumyku można grzebać i odcedzać kamienie godzinami. Jeśli o nas chodzi, musieliśmy po 20 sekundach opuścić stanowisko, bo Amalia rozbiła czoło i trzeba było zwiedzić oddalone o 40 kilometrów pogotowie ratunkowe, ale wszystko się dobrze skończyło. Czoło sklejone, a wizyta obrodziła bogatą informacją na temat wagi i zdrowych uszu dziecka, oraz trójwymiarowymi obrazkami zwanymi tu ‚smile makers’. To takie nasze skarby z dzikiego zachodu, może niezbyt cenne ale ukochane przez dzieci.

Jednej mi tylko rzeczy brakuje na tym Dzikim Zachodzie: Indian. Ale o tym napiszę innym razem…

 

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s