On the road

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Od trzech dni jedziemy na północ wzdłuż wybrzeża Kalifornii. Środek lokomocji: RV. Innymi słowy: kamper. Po raz pierwszy w życiu. Jeśli można żyć pełnią życia, to czy istnieje także pełnia wakacji? Wewnątrz naszego RV mówi się, że tak.

Pierwsze 20 mil zajęło nam dwie godziny, może trzy. To ciężarówka. Wszystko trzeszczy, podskakuje, nic nie widać, trudno ruszyć i zahamować, a zmiana pasu grozi atakiem histerii. Mam wrażenie, że blokujemy pas, całą drogę, całe Los Angeles. Help!!!

Potem stajemy na obiad, gotujemy sobie w naszym nowym, przewiewnym domku, wdychamy morskie powietrze, wylegujemy się na kanapie, bierzemy prysznic i nagle wszystko się odmienia. Nie chcemy już w ogóle podróżować inaczej niż kamperem. Bezruch w ruchu. We love it!

Jeśli o mnie chodzi, uwielbiam prowadzić tę ciężarówkę. Panoramiczną drogą wzdłuż wybrzeża, bez pośpiechu, z przystankami gdzie popadnie. W kapeluszu, oczywiście. Czuję się trochę jak na obozach wędrownych, kiedy wszystkie potrzebne rzeczy miałam zawsze na plecach. Wolna, samowystarczalna, spontaniczna. Przystanki w dowolnym miejscu, nocleg w dowolnym miejscu. Pierwszego dnia mieliśmy jechać do Santa Barbara, a zatrzymaliśmy się w bajkowym Malibu 100 mil wcześniej. Drugiego dnia ruszyliśmy w długą drogę, żeby nadrobić i już po 15 minutach leżeliśmy na plaży Zuma. Mało brakowało, nie wyjechalibyśmy z gęstego parkingu aż do zachodu słońca, ale udało się wyślizgnąć. Po południu planowaliśmy krótki przystanek w Santa Barbara (nigdy nie nadgonimy!), a zostaliśmy tam do wieczora, zajadając się homarem i bawiąc makabrycznie jego szczypcami z dziećmi. Amalia wyglądała przez okno na pełną kajaków zatokę, skakała przy parapecie aż się uderzyła i wyszedł pierwszy ząb. Zważywszy na jej zaawansowany jak na ząbkowanie wiek półtora roku – warto było się tu zatrzymać. Homar to homar, ale ten wyczekany ząbek!

Rano kawa w górach, śniadanie nad oceanem, a potem wycieczka po bajkowym zamku Hearsta. Siedzimy w Starbucksie, ale nie musimy tu jeść obiadu (ufff…), tylko popijamy kawę ciesząc się wi fi. Przed wyjściem z baru czeka nasz RV z domowymi naleśnikami na stole. Niby nic się niedzieje, a jest po prostu genialnie.

Jedna rzecz jeszcze mi nie wychodzi. Za każdym razem, gdy ruszamy z miejsca, nerwowo liczę nasze rzeczy, ze szczególną uwagą na paszporty, telefony i pieniądze. Czy wszystko wzięliśmy? Jak to: CZY WSZYSTKO WZIĘLIŚMY, przecież my w ogóle nic nie wyjmowaliśmy z kampera, nie było jak pogubić rzeczy!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s