Sposób na narty. Mont Blanc czy Dolomity?

image

Aiguille du Midi, Iglica Południa

Nigdy w życiu tak się nie bałam, jak na tej wyprawie. A przecież wcale się tam nie wybierałam. Jak to się stało, że leżę w świeżym śniegu, z przepaścią po lewej stronie i przerażonym przewodnikiem po prawej?

Pierwsze podejście do Chamonix odbyliśmy na początku zimy 2011. Zajechaliśmy pod przypadkowy wyciąg. Tata poszedł się wypytać, jak to tutaj działa, a my z siostrą wzięłyśmy się do wyciągania różowych spodni narciarskich, kasków z naklejkami, rękawiczek w kwiatuszki… Obok nas ekipa szykowała się na stok. Liny, czekany, nadajniki, raki. Zdaje się, że trafiłyśmy pod zły adres. To nie dla nas.
Ten wyjazd udało nam się spędzić na przyjemnych stokach z drugiej strony miasta, w ramach Grands Montets.

Miesiąc później znowu zajechaliśmy do Chamonix, tym razem w innym składzie. Zaliczyliśmy przed środą wszystkie stoki. W czwartek z przyjemnością zostałam w hotelu. Śnieg padał cały dzień, miasto opatuliło się miękką pierzynką. Pisałam przewodnik po Wiedniu, podglądałam przez okno romantyczne chatki górskie. W piątek też bym chętnie została, ale ekipa namówiła mnie na jazdę z przewodnikiem. To samo miejsce, tylko poza trasą, gdzie już trochę w sumie jeździłam. Brzmiało przyjemnie.

Francuski przewodnik, którego imię celowo wykasowałam z pamięci, powiedzmy, że nazywał się Michel. Stanął z nami w kolejce, która dziwnie nie posuwała sie naprzód. Nie ma prądu w całej dolinie. Zaczynały nas boleć mięśnie nóg od stania w butach narciarskich. Wdrapaliśmy się na barierkę i czekaliśmy, czekaliśmy. O 11 zmiana planów. Jeździ tylko kolejka na Aiguille du Midi, Michel jedzie do domu po sprzęt dla nas i jazda. Aiguille, najwyższa z iglic Mont Blanc… Najwyższa na świecie kolejka linowa, która wspina się 2500 metrów bez żadnego słupa.

image

Czy jesteście pewni, że damy radę?, nogi się pode mną ugięły. 17 kilometrów jazdy na dziko, po grubej warstwie świeżuteńkiego śniegu. Coś też słyszałam o przepaściach i o polskim instruktorze narciarskim, który ledwo dał radę. Jednak ambicja nie pozwoliła mi się wycofać. Patrzyli na mnie dwaj nastoletni chłopcy o mięśniach ze stali, musiałam wsiąść do samochodu razem z nimi.

Bagażnik wracającego z domu Michela prezentował się interesująco. Ubrano mnie w nadajnik, dwie paskudne zimowe kurtki (mój zmysł estetyczny cierpiał katusze) i przewleczono mi między nogami jakąś uprząż. Na górę wjechaliśmy o pierwszej i siedliśmy do obiadu.

Jak nie zjecie porządnie, nie macie szans dojechać do końca, poinformował sucho Michel. Jedliśmy i czuliśmy, że czas ucieka, a my mamy jeszcze tyle trasy! Przewodnik zaprowadził nas na taras widokowy. Schronisko zbudowano na wysokości 3842 metrów nad poziomem morza. Pod naszymi stopami leżało Chamonix, 992 metry nad poziomem morza. Zakręciło mi się w głowie. Wracając do budynku obejrzałam wystawę o budowie kolejki. Ściana północna, takie wypadki. Ściana południowa, tylu zginęło. Ściana wschodnia… Wyjrzałam przez okna. Ze wszystkich stron skała spadała w dół pionowo, nie było mowy o żadnym śniegu. Czy stąd można zjechać kolejką do miasteczka?
Zjechaliśmy odrobinę niżej windą. Tylko po co tu ta lina? Michel związał nas wszystkich, kazał brać narty w rękę i iść granią. On pierwszy, jedyny z rakami. Ścieżka wąska, trzymaliśmy się liny. Nareszcie doszliśmy do uczciwej polany. I tu popisówka. Pojechaliśmy w dół każdy swoją trasą, całe zbocze należało do nas (nikt inny nie zaczyna trasy o tej godzinie!). Moje nowe narty do jazdy po świeżym śniegu spisywały się doskonale. Miękkie zakręty, wspaniałe widoki. A jednak było warto tu przyjechać.

imageŁańcuch Mont Blanc
Po chwili spotkaliśmy troje Rosjan, którzy histerycznie rozgarniali śnieg. Zgubili jedną nartę. Michel miał ich w nosie, jedziemy dalej, nie mamy czasu. Zaczęliśmy dziabać kijami w pośpiechu. Trach, narta znaleziona, ale fart!

Przed nami strome zbocze udekorowane szczelinami, głebokimi na tyle metrów, ile trzeba, żeby zginąć. Szczelin nie widać, przecież właśnie spadł śnieg. Ale Michel wiedział gdzie są: jedźcie dokładnie za mną. Piąty z kolei zakręt jakoś mi nie szedł. Narty nie chciały się słuchać. Zatoczę szersze koło, jeszcze trochę szersze…

Arretez! (stop!), dobiegł mnie donośny głos przewodnika.

Zrezygnowałam z zakrętu, postanowiłam stanąć w miejscu. Nic, narty odmówiły posłuszeństwa. Świeży śnieg płatał mi figle.

Arretez!

Poddałam się. Wywaliłam jak ostatni ciołek, ale przynajmniej stanęłam w miejscu… metr od przepaści. Czterech mężczyzn patrzyło na mnie przerażonymi oczami. Do diabła z wami, odwróciłam narty i ruszyłam dalej. Niestety, strach sparaliżował mi nogi. Gdzie są te szczeliny? Jak skręcać w świeżym śniegu? Nic nie widzę! Michel to nie instruktor tylko przewodnik. Nie udzielał rad, nie rozdrabniał się. Jechał i krzyczał. To dlatego wykasowałam jego prawdziwe imię z pamięci. Zakręt, upadek, zakręt, upadek, zakręt, upadek. W ten sposób nie dam rady pokonać 15 kilometrów! Skupiłam się na śladzie przewodnika, jakoś poszło. Nigdy w życiu tak się nie bałam.

Widzicie te zielonkawe skały lodowe nad naszymi głowami? Ich odcień znaczy, że jeszcze dziś spadną. Jedziemy.

image

zielonkawy lód
Dzięki, Michel, teraz już na pewno miałam powód, żeby się trzymać mocno na nogach. Warunki śniegowe nie należały do najlepszych. Brnęliśmy po kolana, musieliśmy kręcić na bardzo wąskiej trasie między szczelinami. Z góry dochodził nas pomruk lodowej skały. Złowieszczy, drgający mi w kolanach. Nie cierpię gór!

W połowie drogi stanęliśmy w schronisku. Michel, zdejmij ze mnie tę uprząż, muszę iść do łazienki.

Czekało nas drugie tyle. Nie wiedziałam, czy trudniejsze, czy łatwiejsze. Robiło się późno. W oddali zobaczyłam helikopter, chciałam wezwać na pomoc, ale nie mogłam wymyślić uczciwego powodu. Myślałam o taternikach, ich wypadkach, po co ludzie szukają takiej adrenaliny

Teraz jedźcie za mną na jajo w poprzek wzgórza, nigdy nie zwalniajcie. Zmieniłam się w automat. Postanowiłam robić wszystko tak, jak kazał i nie zadawać pytań. I tak byłam zdana na niego. Po chwili zrozumiałam, dlaczego zaznaczał, żeby nie zwalniać. Trasa przewidywała muldy, kamienie, szybkie przyspieszenia i, niestety, innych towarzyszy, których musieliśmy wyprzedzać. O ile pierwsza połowa trasy to pustki, teraz doganialiśmy podróżników, którzy wyruszyli rano. O dziwo, dałam radę. Było nas czworo, brakowało mojego męża. Dotarł po długich 20 minutach.

Widziałaś przepaść pod nami? Mieliśmy pół metra szerokości, a dalej koniec!

Nie, nie widziałam. Pół biedy. Inaczej przeczłapałabym cały ten stok przyklejona do ściany, jak on.

Powoli zbliżaliśmy się do płaskiej części. Jeszcze parę zjazdów, które gdzie indziej oznaczono by jako czarną trasę, ale tu po prostu wszystko było białe. Nawet zaczęliśmy zwracać uwagę na styl jazdy i uprzyjemniać sobie drogę przejazdami dnem starych szczelin. Lodowe ściany ciasnych wąwozów całkiem przypadły mi do gustu. W oddali posypała się lawina kamieni, to znów przywróciło mi odpowiednią dawkę adrenaliny i ochotę na powrót do domu.

Ostatnie kilometry to całkowicie płaska trasa, a na jej końcu trzeba nawet podejść pod górkę. Każdego roku lodowiec się obniża, a tym samym stacja oddala. Wlokłam się na czterech łapach, oddałam narty. Adrenalina spadła, ogarnęło mnie niesamowite zmęczenie i złość. Złość na ten topiący się lodowiec, przez który po 17 kilometrach diabelskiej trasy w dół muszę podchodzić pod górę.

Świt w Ortisei
W tym roku pojechałam w miękkie Dolomity. Postanowiłam pokonać moje ograniczenia na świeżym śniegu, podkręcić styl. Umówiłam się z instruktorem. Gottfried, tym razem celowo zapamiętuję imię. Śmieje się, że mam pozycję na przerażonego wojownika. Powoli oswaja od początku, przywraca przyjemność jeżdżenia. Skaczemy, wjeżdżamy na dach domu, na maskę samochodu, wpychamy się do tunelu. Kilka drobnych uwag i jeździ mi się doskonale. Lekko, spokojnie, co za fun! Nieraz dla odmiany śmigamy sobie na biegówkach…
Oczywiście, cieszę się, że zaliczyłam Iglicę Południa, raz w życiu warto. Ale nieprędko mnie tam zobaczą.
______________________________________________________

linki:

http://www.scuola-sci.com/eng/

http://www.chamonix.com/

http://www.compagniedumontblanc.co.uk/en/site-overview/aiguille-du-midi

http://www.hoteleden-chamonix.com/

*Żadne ze zdjęć Aiguille du Midi i rozciągającej się pod nią La Vallée Blanche nie zostało wykonane przeze mnie. Myślałam tylko o przeżyciu, nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę chciała wracać do tego wspomnienia. A teraz nie tylko wracam, ale i tak się rozkręciłam na nartach, że wybrałabym się jeszcze raz.

All right registered by Marta Spingardi 2012

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s