New York, get fit!

Realizuję z rodziną majowy plan fitness. Co rano chodzimy do Central Parku, rozkładamy się na słonecznej East Meadow i ćwiczymy po 20 minut. Maleństwo tymczasem uczy się chodzić, popychając wózek po trawniku. Przyjemnie tu jest, nikt się specjalnie nie przygląda, słoneczko jeszcze nie za gorące, trawa gęsta jak dywan, wokół kwitną kwiaty.

Idąc z hotelu na polanę mam okazję przyjrzeć się wszystkim formom uprawianego tu porannego sportu. Młodzi ludzie, ubrani od stóp do głów w markowe ubranka do joggingu, przemykają pospiesznie autostradą dla biegaczy. Mają nogi ze stali, a ich bicepsy wskazywałyby na to, że nie ograniczają się do biegania. Aż miło popatrzeć, popijając poranną kawę na ławeczce.

 

Między supermanami drepczą dwadzieścia siedem razy wolniej staruszkowie. Mają szare ubranka i staroświeckie buty bez odblasków, ale niczym się absolutnie nie przejmują. Są równie cool jak reszta biegaczy, niepokonani. Istnieją i biegacze z pieskiem na smyczy lub na rękach, biegacze z koleżanką do ploteczek, każda forma dozwolona.

 

Co jakiś czas przemyka młoda mama z dzieckiem w wózku. Niezależnie od tego, jak mały dzieciak kwili w wózeczku, mama wygląda jak z reklamy Nike’a. Przebiega w zawrotnym tempie, popychając trzykołowego joggera bez wysiłku.

O 9.45 przy boathouse zbierają się grupki mam gotowych do zbiorowej gimnastyki bieganej, z instruktorem. Uprawiają nowy sport, przed którym nie ucieknie żadna mama z Manhattanu, strollercize.

Stroller + excercize = strollercize

 

Mam wymówkę, że Maclaren z małymi kółkami zupełnie się nie nadaje do biegania, dlatego spokojnie idę spacerem wzdłuż jeziora, ku malowniczej fontannie.

Popatrzmy, co my tu mamy… schody! Czy można nie wykorzystać schodów? Zdeterminowane dziewczyny wbiegają na ich szczyt i zbiegają na dół. Naliczyłam 14 razy. Jedna z nich zbliża się do trzeciego trymestru ciąży. Ukończywszy czternasty bieg na górę, znika gdzieś za drzewami.

 

Jeśli chodzi o mnie, jestem fatalnym biegaczem, dlatego wolę pilates i jogę na polanie. Plus podejście pod wzgórze Carnegie Hill, które zaliczam codziennie w drodze do parku (nie zapominajmy!).

Uwielbiam obserwować okoliczne bary i odpoczywających w nich sportowców. Bogactwo i rozmiary przekąsek właściwie już zawierają w sobie obowiązek powrócenia na autostradę dla biegaczy następnego dnia. To genialny pretekst, żeby nigdy nie przestawać biegać.

Dziś rano postanowiliśmy rozbudować nasz program fitness o aspekt kulturowy i wybraliśmy się do kina z dzieckiem. Poszliśmy na poranny seans dla rodziców, z przewijakiem na sali. Temat filmu „Pain & Gain” idealnie pasował mi do fitnessowego humoru. Film rozpoczął istny pokaz najrozmaitszych mięśni, zza których wyglądały oczy trzech głównych bohaterów. Początkowe zdanie: ‚I believe in fitness…’ brzmiało niezwykle dumnie. Niemalże jakaś nowa religia, która przy okazji zahaczała o patriotyzm (jak wszystko tutaj). Potem jednak pogrążyliśmy się w strasznej agresji, okrucieństwie, przekleństwach, więc zamiast oglądać filmu, wdaliśmy się w dyskusję czy nasza 13-miesięczna córka rozumie już język angielski. Mimo wniosku, że raczej nie rozumie i jej preferencji wobec tylnej ściany kina (o ile ciekawszej od ekranu), opuściliśmy salę.

 

Wracając natknęliśmy się na łagodniejszy wymiar fitnessu: The Little Gym. Nad wejściem widniał napis: Od 4 miesiąca do 12 roku życia. Proponują tu złożony program rozwoju psychomotorycznego, odpowiedniego do każdego wieku dziecka. Mają najrozmaitsze maszyny, materace, poręcze i konstrukcje wspomagające raczkowanie, chodzenie, stawanie na głowie, podciąganie się, skakanie i wszelkie inne czynności. Niech żyje Ameryka!

 

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s