Mamuthones, sardyńskie straszydła

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

„Io sono mamuthone.”

Ja jestem mamuthone… Niepozorny chłopaczyna zaskakuje nas tym oświadczeniem. Myślałam, że opowie o sympatycznych przebierankach karnawałowych, a on się całkowicie utożsamia ze swoją rolą. Patrzy na nas groźnie, na wypadek, gdyby zebrało nam się na pobłażliwy uśmiech czy jakąś niepoważną uwagę. On jest mamuthone. Mamuthone z Mamoiady, górskiego miasta we wschodniej Sardynii.

Trafiłam do górskiego miasta we wschodniej Sardynii przez przypadek. Szukaliśmy pięknego zakątka Funtanabona oraz góry Monte San Giovanni. Za widok z tejże góry mieliśmy dziękować losowi do końca życia. Niestety nie znaleźliśmy ani jednego ani drugiego, mimo dwóch gps’ów i naprawdę dobrych chęci. Kiedy więc zajechaliśmy przez przypadek do miasteczka Mamoiada i zobaczyliśmy muzeum sardyńskich masek, nie pozostawało nam nic innego, jak zwiedzić je i pójść na obiad.

Io sono mamuthone… Uderza mnie pewność siebie naszego przewodnika. Właściwie trzeba przyznać, że budzi postrach i szacunek. Zyje w jakimś niezwykłym wymiarze pogańsko-chrześcijańskim. W Polsce takie rzeczy mogły się dziać za Bolesława Chrobrego, przy pierwszych próbach nawracania słowiańskich pogan. Fascynuje mnie otaczająca go magia.

 

MAMUTHONES

W mieście żyje dwunastu mężczyzn, którzy już od dziecka szykują się do zaszczytnej roli mamuthones, ćwicząc specjalny krok z potknięciem. Gdy są gotowi do pierwszej w życiu procesji rytualnej, zostają ubrani w kożuch z czarnej owczej wełny i góralskie buty. Na głowę wkłada się im czarną kobiecą chustę oraz maskę z czarnego drewna, o wykrzywionym bólem wyrazie twarzy. Dwóch specjalnie wybranych do swej roli pomocników wkłada na plecy mamuthone ważącą 30 kilo kiść dzwonków o głuchym brzmieniu. Ubierają go pospiesznie, w nerwowej atmosferze. Dopiero gdy rusza nierównym krokiem, potrząsając dzwonkami, atmosfera się rozładowuje. Pomocnicy mogą iść na wino.

 

PROCESJA W MASKACH

Dwunastu mamuthones ustawia się w dwie kolumny. Suną przez miasto ciężkim krokiem, ze spuszczoną głową, podzwaniając złowrogo. Straszą dzieci, nieraz potrafią wtargnąć do czyjegoś domu, splądrować kuchnię w poszukiwaniu smakołyków. Mają do obejścia czterdzieści ognisk rozpalonych na placach i ulicach miasta. Przy każdym odbywają rytualny taniec. Obchodzą ogień trzykrotnie i znikają w głębi uliczki. Ich dzwonki odpędzają złe moce. Kim są? Świętym Antonim, który wykradł z piekieł ogień i dał go ludziom. Pasterzem, który tak dużo przebywa ze zwierzętami, że sam stał się dziką bestią. Burą zimą, która czeka, by pokonało ją życie, jakie niesie ze sobą wiosna.

 

ISSOHADORES

Kontrastująca z mamuthone pozytywna postać to issohadore, ubrany podobnie do hiszpańskiego torero. Issohadores podzwaniają niewielkimi, lekkimi dzwoneczkami, przemieszczają się w wesołych podskokach i łowią na lasso dziewczyny z tłumu. Na twarzach noszą maski białe jak ściana. Kim są issohadores? Sardami, którzy zwyciężają obcych najeźdźców. Wiosną, która pokonuje zimę. Ludźmi, którzy panują nad naturą, złem, śmiercią i cierpieniem.

Ten malowniczy orszak dobra ze złem, podrygujących issohadores wraz z ponurymi mamuthones, jest nieodłącznym elementem świąt Mamoiady. Karnawał 17 stycznia, lato, Święty Antoni, Święty Kosma, każda okazja jest dobra do odegrania rytualnego tańca złowrogich dzikusów z radosnymi zwycięzcami. Dziewczyny podstawiają się pod lasso issohadores, które ponoć doskonale działa na płodność. Starzy ludzie tylko czekają, żeby odwiedzili ich kuchnie żarłoczni mamuthones. Całe miasto tym żyje.

 

FILONZANA

Po ich popisie cała uwaga uczestników święta przechodzi na Filonzanę: staruchę ubraną na czarno, jak wszystkie mieszkanki miasta, która przędzie nić życia. Na jej szyji wiszą ogromne nożyce do strzyżenia owiec. Złośliwa jędza rozgląda się po tłumie i zastanawia, komu by tu uciąć nić życia, uśmiercając go tym sprytnym zabiegiem. Trzeba wówczas szybko przekupić ją winem i słodyczami, w przeciwnym razie może się to źle skończyć. Filonzana wzbudza szacunek w mieście, a z grającą jej rolę osobą nikt nie chce zadzierać. Nie wiadomo tak do końca, jaką ma władzę nad realnym życiem mieszkańców Mamoiady, lepiej nie kusić złego.

 

Zresztą, filonzana wcale nie jest aż taka daleka od accabadory, która bynajmniej nie jest karnawałową postacią w masce, tylko powszechnie wykonywaną na Sardynii profesją. Accabadora to człowiek-eutanazja. Zna wszystkie tajniki trujących ziół, wie jak bezboleśnie uśmiercić. Nikt w mieście o niej nie mówi, a jednak wszyscy wiedzą, czym zajmuje się nocą. Przychodzą do niej po pomoc, gdy w rodzinie jakiś wykończony chorobą lub długim umieraniem pacjent ma dosyć tego świata. Accabadora oczyszcza wówczas dom chorego ze świętych obrazków i krzyży, żeby nie mieszać Boga do tych nieprzyjemnych spraw. Uśmierca i wychodzi. Nie dziwne, że w środowisku, gdzie działają accabadory, filonzana budzi respekt.

W dawnych czasach Sardowie żyli w przekonaniu, że po śmierci przenoszą się do świata pod spodem, gdzie wszystko jest do góry nogami, by znów powrócić na ziemię pod nową materialną postacią. Temu właśnie poświęcali karnawał: dni, w których wszystko było na opak. Pracownicy balowali, wino ratowało przed śmiercią, mężczyźni przebierali się za kobiety. Dla mieszkańców Mamoiady chrześcijaństwo stanowi wciąż nową i nie do końca wypróbowaną propozycję, wolą trzymać się mocno własnych wierzeń. Na wszelki wypadek stosują się do nich, zaklinając los rytualnym tańcem i dzwonieniem dzwonków. Jedno okrążenie ognia, drugie, trzecie… wszelkie zło odgonione. Przynajmniej do następnego odpustu.

 

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s