Świątecznie o dzieciach. Czego szukać na marginesie Rumunii?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Na rumuńskim marginesie społeczeństwa znajdują się niechciane dzieci. To dość szeroki margines. 70 000 poupychanych w państwowych sierocińcach, reszta na dziko. W kanałach, opuszczonych domach i rowach żyje bliżej nieokreślona liczba dzieciaków. Każdej zimy umiera z zimna i głodu znaczna część, a rodzą się kolejne maleństwa porzucane w szpitalu. Międzynarodowa adopcja dopiero teraz powoli się odblokowuje, a na lokalną niewiele osób ma środki i ochotę. Bo niby komu brakuje w Rumunii dzieci?

Na moje pierwsze spotkanie z dzieciakami z rodzinnego domu dziecka XXX w Transylwanii poszłam z workiem kolorowych mazaków, brokatów i naklejek. Obawiałam się, że może są zbyt dziecinne i przesłodzone. Jak się później okazało, nie sposób przedawkować tu słodycz.

Dostaliśmy się za bramę, co nie jest takie oczywiste, ponieważ tutejsze opiekunki niechętnie wpuszczają zagranicznych wolontariuszy. Zbiegła się chmara dzieciaków, wcale nie takich malutkich, ale za to bardzo przylepnych, w wieku 11-18 lat. Wyciągnęłam gadgety i zabraliśmy się do rysowania, przy pokrytym brudną ceratą stole przed domem.

RODZINA ZASTĘPCZA

‚Rodzinny’ dom dziecka XXX nie miał w sobie nic z rodziny. Dzieci co jakiś czas odgórnie tasowano, rodziców zastępczych nie było w ogóle. Przychodziły jedynie na dyżury ‚woźne’, które ganiały dzieci do sprzątania i gotowania. Spędzały dzień na kanapie, straszyły wariatkowem za złe zachowanie. Mimo wszystko dzieci rysowały dla nich nieskończoną ilość laurek w serduszka, nie miały przecież nikogo innego na świecie. Musieliśmy im pomagać pisać ‚kochamy panią’, wszystko się we mnie przewracało.

Kiedy Rumunia ubiegała się o miejsce w Unii Europejskiej, ilość dzieci w sierocińcach uznano za niedopuszczalną. Dlatego stworzono takie pozornie rodzinne domy dziecka. Jakim cudem Unia na to poszła?

KOSZULKI

Przyniosłam koszulki, farby do materiałów i szablony, żeby każdy mógł sobie stworzyć własne ubranko. Tego chyba woźne im nie ukradną, jak innych darowanych zabawek, nie opłaca im się. Wszystkie prezenty muszą być takie, żeby się nimi pobawiono od razu, przy nas, bo potem nie wiadomo, co się z nimi stanie.

Rytuał malowania był wzruszający. Malowaliśmy po jednej bluzeczce, wszyscy razem, od najmłodszego do najstarszego. Dzieci funkcjonowały jak stado: jeśli ktoś się zaczynał awanturować czy niecierpliwić, natychmiast go karciły. W ten sposób wszystko się uspokajało zanim woźna się zorientowała. Nikt się też nigdy nie dobrał do mojego plecaka, choć wiedzieli, że w różnych nieoczekiwanych chwilach wyskakują stamtąd barwne prezenty. Stado miało swoje niepisane, żelazne zasady, dzięki którym trzymało się jakoś w tym nieprzyjaznym świecie.

Okazało się, że nikt nie potrafi napisać poprawnie choćby własnego imienia.

Okazało się też, że dwie dziewczynki widzą bardzo słabo. Monika, lat 13, robiła wspaniałe masaże (co woźne codziennie wykorzystywały), może dzięki temu jakoś sobie poradzi w życiu. D’nisa, 11, nie miała ani talentów, ani cierpliwości, ani uroku bidulka. W chwili złości popaprała sobie koszulkę, ale nawet nie widziała na tyle dobrze, żeby się zorientować. Chciało mi się płakać. W nocy pomalowałam jej cichaczem nową i podmieniłam.

Mihai, 18, autystyk. Namalował wzór najrówniej ze wszystkich. W oczekiwaniu na swoją kolejkę zrobił na drutach śliczny sweter. Pracował w ogromnym tempie, precyzyjnie, cały czas kiwając się w przód i w tył.

Monica, 14, bała się wyjść z kuchni. Jako najsprawniejsza dziewczyna miała tu najwięcej roboty, gotowała dla wszystkich. Udało nam się ją namówić na chwilkę zabawy, zagadaliśmy woźną.

Grigore, 12 przylepił się od pierwszej chwili i ani na moment nie oderwał. Tak bardzo potrzebował uwagi. Nawet zgadzał się na naukę pisania, byleby tylko działać wspólnie. Do szóstego roku życia nie miał światu nic do powiedzenia, dlatego uznano go za opóźnionego i nie posłano do szkoły (jak i całej reszty stada z ‚rodzinnego’ domu dziecka XXX). Teraz to już na pewno jest opóźniony.

FARBA FLUORESCENCYJNA

Kupiliśmy lody. Dzieci jadły je w ciszy przez 40 minut, ciesząc się każdą chwilą. Zachowały sobie na pamiątkę plastikowe kubeczki w paski.

Wyciągnęłam farbę fluorescencyjną i wytłumaczyłam dzieciom o co chodzi. Nie mogli uwierzyć. To tak, jak bym wyjęła z kapelusza żywego królika i gołębicę. Biegali z kartką do łazienki, zakrywali rękami światło, wydawali okrzyki niczym Indianie. Marian, szef stada, pobrał pędzel. Reszta rzucała pomysły. Oczywiście pierwsze co napisali, to ‚Pani XXX’ w serduszku na ścianie garażu (wrrrrr…). Potem naprodukowaliśmy kartek z gwiazdkami i serduszkami do powieszenia nad łóżkami. D’nisa nie posiadała się ze szczęścia, wreszcie przestanie się bać w nocy (płacz jest tu wzbroniony).

Połowę słoiczka wypaćkali zgodnie na ramkę zdjęcia jakiejś dziewczynki. Nie udało mi się wyciągnąć informacji o niej, chyba mieszkała z nimi. Musieli ją bardzo lubić. A co się z nią potem stało?

TEATRZYK

Każda ekipa wolontariuszy pracowała ze swoimi dziećmi nad teatrzykiem na zakończenie tygodnia. Nasz ‚rodzinny’ dom dziecka XXX też chciał się popisać. Na skleconym samodzielnie sprzęcie chłopcy puścili jakiegoś smętasa, a cała grupa zaczęła się bujać w przód i w tył na krzesłach, w typowym geście sierot, wyjąc bez słów jak zranione zwierzęta. Spojrzałam na Caterinę, doświadczoną wolontariuszkę. Przecież my nie możemy tego wystawić na scenie!

Naraz wpadła woźna i zaczęła głośno krzyczeć, wszyscy się poderwali, a temat przedstawienia rozwiał się gdzieś w powietrzu. Będzie kontrola.

-Dobrze, pomyślałam sobie, chociaż te woźne nie są takie bezkarne, ktoś je sprawdza choć odrobinę.

-Nic nie rozumiesz – Caterina już to widziała. – Ona ich teraz pogoni do gruntownego sprzątania, żeby się dobrze zaprezentować. Dzisiaj nici z zabawy.

Dzieciaki w popłochu wyrzucały wszystko z szaf i wkładały spowrotem. Grigore płakał wciśnięty w półkę, Ricky próbował go wyciągnąć, bo fochy nie prowadzą tu do niczego dobrego.

To był najtrudniejszy dzień w XXX, nie wiedziałam co ze sobą zrobić.

SZPITAL

Nie mogłam się doliczyć jednego chłopca. Co się stało?

Podobno poprzedniego wieczoru stał się agresywny, odesłano go natychmiast do szpitala psychiatrycznego. Wróci za pół roku, tak to tutaj wygląda. Żadna woźna nie będzie ryzykować starć z silnym młodym chłopcem, woli odesłać do wariatkowa. Przecież to nie jej dziecko.

W zamian przysłano zaraz dziewczynkę. W ‚rodzinnym’ domu dziecka XXX zawsze musi być dziesięcioro dzieci. Jakichkolwiek, byle by było 10. Dziewczynka miała ogoloną głowę, była spuchnięta i nic nie mówiła. Siadła i patrzyła tępo przed siebie. Tak już było do końca tygodnia. Wracała właśnie z półrocznego pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Trudno sobie wyobrazić, co tam się działo. Dzieci wspominają, że wcześniej normalnie się z nimi bawiła i była najweselsza w bandzie. A może to ona jest na tym zdjęciu ze świecącą ramką? Trudno powiedzieć.
Tu wszystkie dzieci dostają silne środki uspokajające na śniadanie. Wówczas więcej śpią i mniej podskakują, taka metoda opiekunów.

STRAŻAK

Mój mąż wpadł na chwilę, zapoznać się z moimi dzieciakami. Z jakiegoś powodu uznali go za strażaka, a tym samym bohatera. Nie sprostowaliśmy, szkoda było niszczyć ten entuzjazm. Jednak, gdy wyszedł, nabrałam wątpliwości, słysząc mruczącego nad laurką Grigore:

-Teraz podpalę dom, to przyjdzie znowu Strażak.

PRZEDSTAWIENIE

Wreszcie, na końcu tygodnia, wybraliśmy się na drugą stronę ulicy, gdzie w domu kultury wszystkie grupy z miasta XXX urządzały popisy na scenie. Wszystkie oprócz naszej, nie daliśmy rady. Mimo to radość z wyjścia na miasto była ogromna. Zza bramy dochodziły hałasy, zajeżdżały busy z grupkami z innych domów, z sierocińca, ze szpitala i z domu starców. Zaczęliśmy się ustawiać do wyjścia i wtedy okazało się, że panie woźne nigdzie się nie wybierają, bo im się nie chce. A, skoro się nie wybierają, Grigore też nigdzie nie pójdzie, ponieważ wbrew pozorom jest niebezpieczny, mogłby uciec.

Uciec?!?! Przecież ten dzieciak nie odkleja się ode mnie ani na pół minuty. Na nic innego nie czeka od tygodnia i ma zostać sam w domu?!

Ewidentnie postanowiły się nad nim popastwić. Sytuacja wymagała strażaka.

Zaprowadziliśmy grupę na salę, gdzie go wypatrzyliśmy. Ruszył niczym błyskawica do bramy ‚rodzinnego’ domu dziecka XXX, niemal ją położył wchodząc, opanował woźne, podpisał jakieś absurdalne dokumenty, że bierze na siebie odpowiedzialność za Grigore i już po paru minutach zwycięski wprowadził rozradowanego chłopca na salę. Teraz nikt już nas nie mógł rozłączyć.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s