Sycylia, tanie wakacje pod wulkanem


Koło południa palące słońce sycylijskie rozgrzało atmosferę targu rybnego w Katanii. Już od samego rana sprzedawcy popisywali się kreatywnością, zachwalając złowione nocą ryby. Jeden układał rymy, drugi śpiewał rybie piosenki, każdy prawił komplementy przechodzącym paniom, byleby tylko zwrócić na siebie uwagę. Kiedy jednak lód na stoiskach zaczął się topić a kupcy powoli odchodzili do domów, sytuacja diametralnie się zmieniła. Nie tracono już czasu na dyskretne zaczepki, teraz każdy rybak darł się ile tylko potrafił, wesołe piosenki o rybach zamieniły się w dramatyczne arie operowe. Ceny leciały w dół na łeb na szyję. Czego nie sprzedadzą w ciągu kwadransa, to trafi na śmietnik.[cft key=Ciekawostka]

-To właśnie ta chwila, idziemy.

Trzymając się za ręce wybiegliśmy na ulicę. Tuż pod kamienicą rozstawił swe pachnące cytrusami stoisko wędrowny sprzedawca owoców. Dał nam w prezencie jedną cytrynę, niezbędną do przyprawienia obiadu i odjechał. Z przyprawą w kieszeni ruszyliśmy po obiad.

Targ uśmiechał się do nas niespotykaną różnorodnością ryb. Długie na metr nosy ryby piły, nieznane mi półtorametrowe płaskie węże splatane w pierścienie, mnóstwo małych rybek, wężyków, muszelek plujących wodą na przechodniów.

Najbardziej spodobało nam się stoisko pełne owoców morza. Wybraliśmy sobie po kilka sztuk rozmaitych przysmaków i pokazując cytrynę ogłosiliśmy, że zjemy na miejscu. Sprzedawca nie mógł uwierzyć, tak po prostu? Mieszkaliśmy w bed & breakfast, nie mieliśmy ani pieca ani lodówki, trzeba było jeść na surowo i to szybko, zważywszy na upał. Wystarczy nazwać to sashimi i nikogo już surowy obiad nie dziwi.

No dobrze, skoro mają tu urządzić restaurację, to chociaż zrobią to elegancko. Rybak poprawił sobie na czole wełnianą czapkę i zabrał się do czyszczenia rybek. Wyciągnął nie wiadomo skąd tacę, sól i oliwę. Pokroił naszą cytrynę i jednym zręcznym ruchem ściągnął pancerze z krewetek. Spojrzał na moje buty na obcasie, nie do końca pasujące do płynącej po bruku wodzie. Zaprosił na podeścik, wynalazł dwa krzesła i proszę. To był chyba najsmaczniejszy obiad mojego życia. Oczywiście w miarę jedzenia dokładano nam tego i owego, ostatecznie zjedliśmy trzy razy więcej niż planowaliśmy… za 3 euro od osoby i to przy muzyce! Kocham Katanię.

Po południu przeszłam się po mieście, z niemal 200-letnim przewodnikiem Aleksandra Dumasa pod pachą. Nie oszukiwał, miasto zachwyca bogactwem i harmonią barokowego stylu. Nie to, żeby wcześniejsze style, od antycznych począwszy, mniej mi się podobały. Katania ma jednak tę cechę, że cały jej wcześniejszy dobytek zaginął pod tonami lawy wulkanicznej w 1669 roku. Dlatego właśnie miasto odbudowano w jednolitym stylu. A, że mieli szczęście i trafili na barok (nie na lata pięćdziesiąte XX wieku jak biedna Warszawa…), odbudowano Katanię w doskonałym guście.

Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o wulkanie, który już z samolotu wyraźnie górował nad okolicą. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że wieczorem będę się wdrapywać na weselną ucztę przyjaciół, zorganizowaną w bajkowej willi właśnie na zboczu wulkanu Etna. Szkoda, że nie na samej górze, z widokiem na jęzory ognia… No, ale to co ludzie budują na szczycie wulkanu, wybuchy regularnie niszczą. Dlatego zdobne wille i parki buduje się nieco niżej, gdzie szanse na zniszczenia są znacznie mniejsze.

Choć nad wulkanem Etna wciąż unosi się dym, a sunące powoli jęzory gorącej lawy można oglądać o każdej porze roku, atrakcje wcale się na tym nie kończą. Co kilka lat ma miejsce większa erupcja, która może trwać nawet i 6 miesięcy. Dopiero od niedawna nauczono się jak sterować ognistą rzeką tak, by zmieniać jej bieg i ratować miasta. Buduje się ogromne zapory i wysadza skały w powietrze. Dawniej Etna robiła co chciała. I tak w 1669 roku postanowiła ruszyć na Katanię, czego nikt nie potrafił zatrzymać. Mająca koło 1400 stopni lawa pożarła miasto i z sykiem rozlała się do morza. Podobno woda cofnęła się o kilka kilometrów na ładne 2 tygodnie, pozostawiając miliony zdechłych ryb na piasku. Fala powróciła z taką siłą, że zalała resztki dogorywającego miasta. Sycylijczycy jednak nie gną się pod wybuchami gniewu okrutnej natury. Odbudowali miasto i żyli sobie szczęśliwie jak dawniej.

Dziś ich spokój zachwyca przyjezdnych. Żyją z dnia na dzień, niczym się nie przejmując. Mieszkania niewiele kosztują, bo przecież nie wiadomo, ile przetrwają. Nocą rybacy wypływają w morze, za dnia sprzedają na targu, po południu popijają pyszną granitę migdałową i mają się doskonale. Żyzne ziemie Sycylii dostarczają zboża, pysznych owoców, migdałów i pistacji, a lokalni kucharze prześcigają się w kreatywności. Na Sycylię można spokojnie jechać z cieniutkim portfelem. Wystarczy szukać okazji, uśmiechnąć się, czy choćby wybrać się na obiad na targ zamiast restauracji.

Pod wieczór pojechaliśmy do malowniczego miasteczka Aci Trezza, z widokiem na posępne skały wbite w morze. Oczekując na ślub przyjaciół mieliśmy okazję zahaczyć o poprzednią ceremonię i zobaczyć, jak to zazwyczaj wygląda wśród lokalnych. Setki obwieszonych złotem gości weselnych wylały się z wielkim hałasem przed kościółek, wprost na wypełnioną lodem i szampanem… wannę. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

W wieczornym chłodzie, na zboczach Etny, pojadaliśmy sobie granitę z owoców morwy, patrząc na rozległą dolinę. Uprawy migdałów, zieleń, zieleń, odrobina złota pszenicy. Coś mi się zdaje, że właśnie tu usytuowany był Raj na Ziemi.

_________________________________________________________

linki:

mój ulubiony B&B www.badcatania.com

wyprawy na Etnę www.etnaexcursion.it

narty na wulkanie www.etnasci.it

sycylijski barok whc.unesco.org

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s