Dolina Nilu. Rybie ogony i złote lalki.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pod wieczór wybraliśmy się na przejażdżkę po pustyni. Czarne niebo, miliony gwiazd i coraz dalsze światła, dochodzące z doliny Nilu. Ciężkie koła naszej terenowej toyoty deptały groby ukryte głęboko w piasku. Zbyszek był tego świadom i dlatego czuł się nieswojo. Egipcjanie za to są przyzwyczajeni i czują się z tym doskonale. Sam hotel Garden, w którym się zatrzymaliśmy we wsi stoi na starożytnej świątyni i właściciel Rifad nic sobie z tego nie robi.

W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na odludziu. Piasek, piasek, jakaś górka. Okazało się, że pod naszymi stopami stał pałac Amenhotepa III. Zbyszek pokazywał precyzyjnie: tu jest kuchnia, tu salon, a tu ogród i jego sztuczne pagórki, których zarys nadal prześwituje na powierzchni. Wiedzieliśmy doskonale, jakie cuda kryła ziemia pod naszymi stopami, ale nie mogliśmy na to nic poradzić. Potrzeba wielkich pieniędzy, zezwoleń, organizacji, misji archeologicznej, lekarza, kucharza. Bez tego wszystkiego nie odkopiemy. Wsiadłam zrezygnowana do samochodu. Na pocieszenie Zbyszek zapewnił mnie, że w przeciwieństwie do uprawianych, mokrych ziem, pustynny piasek przechowywał skarby doskonale. Mogliśmy sobie jedynie pospacerować za darmo naszą toyotą, o wiecznie otwartych oknach, zatartych piachem…

A potem zgubiliśmy się na chwilę. Ciemno i niewiele paliwa. Ach, jak pięknie!

Miałam szczęście, udało mi się zwiedzić Egipt w towarzystwie pracujących tam od lat archeologów. Pospacerowaliśmy po chaotycznym Kairze, weszliśmy do piramid, odwiedziliśmy klasztor koptów na pustyni, a potem zjechaliśmy daleko na południe, do Luxoru. Tu zaczęła się prawdziwa przygoda: palące słońce pustyni i lodowaty cień, życiodajny Nil i śmierć na pustyni, ruinki-śmieci i ruinki-skarby. Już pustynna wycieczka pierwszego wieczoru oderwała mnie całkowicie od codziennych zmartwień i myśli.

Trafiliśmy akurat na miesiąc wiatrów. Nigdy nie widziałam takich palm: gięły się, śpiewały, otwierały szeroko do słońca. Nasłuchiwałam śpiewających posągów Memnona. Gigantyczna para z kamienia przysiadła sobie między Luksorem a pustynią. Hulający w jej pęknięciach wiatr nucił piosenki. We wsi mówiono, że posąg ogrzewa wiatr i chroni ludność przed złem rozciągającego się w nieskończoność świata śmierci, pustyni.

Trudno opisać kontrast między życiodajną doliną Nilu, a pustynią. Po lewej stronie naszego hotelu kwitną piękne kwiaty, zieleń ma odcień pól golfowych. Lepianki jedna na drugiej, zaimprowizowane sklepiki otwarte nocą, wszędzie mnóstwo dzieci, podrygujące osiołki, barwne owieczki. Po prawej stronie hotelu już tylko skały i pył. Pył, pył.

Mój pokój znajdował się na trzecim piętrze. Widok na taras drugiego piętra: kurnik. Widok na drugą stronę: świątynia Ramzesa III.

Odwiedziliśmy świątynię Karnak. Nauczyłam się odczytywać niektóre hieroglify na ścianach. Wymagało to odrobiny oderwania się od naszej europejskiej mentalności. Problem w tym, że niektóre są symbolami, inne zjawiskami albo wskazówkami gramatycznymi. Trochę należy je czytać z lewej do prawej, a trochę z prawej do lewej. Trochę w dół, a trochę skokami. Królowa Hatszepsut na niektórych oznaczana była jako syn boga słońce (gęś i słońce), na innych, starszych wolała jednak być przedstawiana jako córka boga słońce (gęś, słońce i chleb, prosta sprawa).

Najbardziej zaprzyjaźniłam się z falami górnego i dolnego Nilu: jedna wysoka, a druga niska. Inny zapis Nilu to pszczoły (górny Nil) i trzcina cukrowa (dolny).

Tej trzciny to się napatrzyłam w trakcie obiadu w pobliskiej oazie. Widocznie dopiero co przejechał wiozący ją pociąg. Zazwyczaj wszyscy, od dzieci po policjantów, wyciągają ją sobie z jadącego powoli pociągu i potem pogryzają. Podobno to nie kradzież, to sztuka.

Aż do czasów Amenhotepa I główny bóg egipski, Amun był nieuchwytny. Oznaczano go symbolem O, słońce. Nie miał ludzkiej twarzy. Był pustynnym wiatrem. Był krzykiem gęsi w środku nocy. Amenhotep pierwszy poczuł potrzebę skonkretyzowania sytuacji i umieścił go na ich komiksach ściennych. Napatrzyłam się na te komiksy podczas naszych wielogodzinnych wędrówek po grobach i świątyniach. Najwięcej zgłębiliśmy w świątyni Hatszepsut, wielkim dziele polskich archeologów.

Zrozumiałam tu, że nie mogłabym nigdy być archeologiem. Myślałam dotąd, że to taki zawód z pędzelkiem, ciach ciach i odkrywasz pod piaskiem kość dinozaura albo skrzynię złota faraona, a discovery channel nadaje to na żywo z interesującym komentarzem. Niestety nie. Odwiedziłam jedną z grot, w których aktualnie pracują specjaliści. Ciemno, zimno, wilgotno i śmierdzi śmieciami, które ludzie zawsze wrzucają do dowolnych dziur. Praca nad odnowieniem płaskorzeźb na ścianie takiej groty trwa miesiącami, nieraz latami. Mieszkasz w misji, jak w klasztorze. Z dala od cywilizacji, zdany na grupę ludzi, która akurat ci się trafiła.

No i ta grzebanina… Nieraz grzebiesz latami i nic. A innym razem nagle wykopujesz laleczki ze złota z czwartego tysiąclecia przed Chrystusem i wywracasz do góry nogami cały światek archeologów! Tyle, że zanim dokopiesz się do tych laleczek, musisz potaplać się długie miesiące w błocie, zmieszanym z głowami i ogonami ryb. Mniam… W czwartym tysiącleciu przed naszą erą rybie korpusy używane były jako pieniądze, a głowy i ogony lądowały w tym właśnie błotku, którym się teraz emocjonują archeolodzy. Bardzo dziękuję, że to nie ja muszę się tu taplać.

__________________________________________________________

linki:

http://www.moudira.com/

Cywilizacja śródziemnomorska http://www.cs.ibi.uw.edu.pl/cs_on_wp/

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s