St Andrews, pogoda w szkocką kratkę

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

-Hej Jerry, jaka dziś będzie pogoda? – pytam roznoszącego pachnącą kawę właściciela B & B Castlemount.

Jak widzicie za oknem… przelotne chmury, miłe słońce – i tu nagle nabiera tempapołudniowo zachodni wiatr z prędkością nie przekraczającą 11 km/h, widoczność powyżej 10 km, temperatura do 7 °C, 45 °F. Szansa na przelotny deszcz 89 %, warunki do surfu słabe z powodu niestałego wiatru. Chmury nie zapowiadają śniegu na najbliższe 3-4 dni.]

-Yes Sir! Już wystarczy, zrozumieliśmy.

Jerry uśmiecha się zadziornie, usatysfakcjonowany wrażeniem, jakie wywarł na całej sali.

 

Jerome „Beau” Beaulier służył w amerykańskim lotnictwie przed dwadzieścia lat. W 1978 roku stacjonował w Saint Andrews, zakochał się i już tu został. Dziś prowadzi z żoną przytulny Bed & Breakfast nad samym morzem.

Mimo burej pory roku czekałam na ten pobyt w Szkocji od dawna. Skrzypiące schody, miękkie aksamitne fotele, świece, butelka dobrego wina na przywitanie stałych gości… Welcome to my home, Jerry powtórzył chyba z pięć razy, zanim dał się rozpakować w naszej dwupokojowej suite urządzonej w szkockim stylu. Pokazał nam wygodne kanapy, książki, kuchnię, barek z herbatką i oczywiście barek z whisky. Przypomniał o śniadaniu, które stanowi tu główną rozrywkę, ale o tym później. Dał hasło do internetu i zaszył się gdzieś w głębi domu.

Siadłam połączyć się ze światem. Hasło do sieci: USNavy1977, no tak… zostawiłam komputer i ruszyłam w rundkę po domu, przyjrzeć się wojskowym trofeom naszego amerykańskiego Szkota. Wszędzie wisiały modele samolotów, ordery, dyplomy, zdjęcia F8 przebijającego chmurę, F14 wystrzeliwującego pociski jak komety. Obok poważnych dokumentów znalazłam mnóstwo dowcipnych niby-orderów, zdjęć z zabawnymi komentarzami kolegów. To musiała być wesoła ferajna. Nie mogłam oderwać oczu od gigantycznego statku-lotniska, co za absurdalne warunki do życia!

Jerry latał z prędkością 800 km/h i strzelał ile się tylko dało. Z wypiekami na policzkach wspomina dziś dreszczyk emocji w chwilach, gdy myśl musiała pędzić przynajmniej 801 km/h, inaczej by się rozbił. Dziś jest łatwiej, komputer pokładowy daje ci prawie wszystkie potrzebne informacje. W latach siedemdziesiątych pilot wyglądał przez okno samolotu i patrzył co i jak. Tyle, że sytuacja zmieniała się w zawrotnym tempie. To właśnie najbardziej lubił ze wszystkiego. Tę szybkość. No i strzelanie.

Strzelanie? Patrzymy po sobie z niewyraźną miną.

 

Aż trudno uwierzyć, z jaką lekkością Jerry rozprawia o zabijaniu wrogów w Wietnamie. Wydaje się, że okrucieństwo wojny nie pozostawiło w nim żadnych blizn. Siwe włosy, trochę brzuszka, przewieszona przez ramię ścierka.

Siedzimy wszyscy przy śniadaniu z widokiem na romantyczną ruinę zamku i prześwitujące przez nią morze. W oknach wiszą lornetki, jeden z wielu gościnnych gestów Castlemount. Stoły zastawiono dżemami domowej roboty. Gdy się tylko pokazujemy, jeszcze odrobinę zaspani i nieuczesani, pojawiają się ciepłe tosty, zielona herbata w czajniczku, owoce, no i menu. Szkocka tradycja nakazuje podać podróżnikom coś uczciwego do przekąszenia, na przykład jajka na bekonie z fasolą, naleśniki z klonowym syropem, albo… nasze nowe odkrycie: owsiankę z whisky! Może jeszcze trochę kawy? A może gorącej czekolady? Jerry lubi namawiać na dokładki tak samo jak gawędzić o dawnych czasach w lotnictwie. No cóż, można by w ogóle nie opuszczać hotelu w takich warunkach. Skoro jednak taka piękna jak na listopad pogoda, trzeba iść w świat.

Saint Andrews to miasteczko uniwersyteckie położone nad morzem we wschodniej Szkocji. Słynie z najstarszego na świecie pola golfowego, najsłynniejszych w UK absolwentów uczelni (księżnej Kate i księcia Williamsa) oraz z doskonałego fish & chips. Bajkowe instytuty naukowe przypominają trochę Akademię Pana Kleksa: wielkie domiszcza w parku.

Po mieście przemykają studenci w długich czerwonych płaszczach, używanych często nocą jako dodatkowa kołdra; lokalne mrozy to nie żarty! Wszędzie mnóstwo przytulnych herbaciarni oraz oczywiście sklepów z kaszmirem. Kupujemy dziecięcą sukieneczkę z tweedu podbitego sztruksem i kaszmirowe rękawiczki. Na północy miasto płynnie przechodzi w niekończącą się plażę z drobnym piaskiem oraz pola golfowe. Gracze przyjeżdżają tu z całego świata. To najstarszy i jeden z najbardziej urokliwych kompleksów golfowych, rozciągający się nad samą wodą. Z daleka rozpoznaję azjatyckiego gracza. Gra sam, nigdy w grupie jak inni. A koło niego kręci się jak przy pannie młodej fotograf, który wszystko uwiecznia.

W przeciwieństwie do szykownych okolic golfa, południowy kraniec miasta to romantyczne ruiny zamku i jeszcze bardziej nostalgiczna katedra bez ścian. Dwie stojące jeszcze ściany bez okien chwieją się na wietrze, wspominając dawne czasy bogatego biskupstwa. W dziurawej wieży świszcze wiatr. Wokół kościoła, na zieloniutkiej trawie, leżą groby, a wśród nich… kamienne stoły! Na dole skarpy gniotą się w porcie niewielkie łódeczki, a wyrzucone na brzeg sieci silnie pachną rybami.

Studenci, których życie toczy się w środku między eleganckim golfem a romantycznymi ruinami, poświęcają tu sporo energii na życie towarzyskie i tworzenie kontaktów, które mogą się kiedyś przydać w świecie pracy. To całkiem przyjemny sposób na spędzenie najpiękniejszych lat życia. Zajęć na uczelni mają od 4 do 10 godzin tygodniowo. Na golfa dostają wielka zniżkę. Wystarczy, że odpracują trochę godzin w kasie jako wolontariusze. Trochę ten brak profesjonalizmu improwizujących kasjerów gryzie się z luksusowym światem golfa, ale w Saint Andrews zawsze tak właśnie było i nikt tego nie zamierza zmienić. Dlatego nawet i stały bywalec, Sir Sean Connery, nie zdziwił się zeszłoroczną przygodą.

-Nazwisko?

-Connery.

Student szukał na liście rezerwacji. Od A do Z i od Z do A. Nic.

-Na pewno pan zarezerwował? Mnie tu nie wynika.

Zarezerwował. Czekał więc cierpliwie. Grał tu już pewnie z 500 razy, nawet ma dom w St Andrews, bardziej tutejszy już być nie może, ale co miał o tym wiedzieć biedny student?!

-Może pod imieniem? Jak panu na imię?

-Sean.

Nic. Chłopak zostawił go i poszedł na zaplecze.

-Hej,dziewczyny! Mam tu takiego gościa, jakiś Sean Connery… – i tu nieszczęsny chłopaczyna usłyszał swoje własne słowa – A NIECH TO DIABLI!

___________________________________________________

linki:

www.linksgolfstandrews.com

www.standrewsgolfweek.com

www.st-andrews.ac.uk

www.johnstonscashmere.com

www.castlemount.net

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s