Syryjska gościnność. Zaginiony Damaszek

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Udało się. Jakimś dyplomatycznym cudem załapaliśmy się na lot Londyn-Damaszek, mimo dotarcia na lotnisko zaledwie pół godziny przed odlotem. My tak, walizki już nie. Byłam wściekła.

Cały poprzedni wieczór szykowałam garderobę odpowiednią do zmiennej jesiennej pogody, muzułmańskich wymogów etycznych, eleganckich spotkań zawodowych, oraz wielogodzinnego zwiedzania. Do tego katalogi, pojedyncze buciory wojskowe, próbki mongolskich skór, ponieważ miałam tam spotkać potencjalnych wspólników do produkcji butów. Walizka przyprawiała mnie o naprawdę wielką dumę. Cóż… niestety wróciła taksówką do Londynu. Zostałam w przepoconej od biegania sukience i szpilkach, z komputerem w ręce i z tymi wojskowymi butami nie do pary.

POWITANIE

Chciałam jak najszybciej dojechać do hotelu, pójść spać i zapomnieć o całej tej męczącej podróży, kłótni na lotnisku, mojej walizce. Znów moje plany całkowicie rozminęły się z rzeczywistością. Spod samolotu zabrał nas nieoczekiwanie samochód na sygnale i zawiózł prosto do sali VIPów, gdzie podano pyszne ciasteczka z pistacjami. Nasze paszporty ktoś zabrał w pośpiechu i po chwili dostarczył na tacy, wyposażone już w wizę. Czy powinnam być podejrzliwa? Nigdy jeszcze nie odbyłam takiej kontroli paszportowej. Do dziś nie wiem, z jakiej racji nam się należała.

To jak, gotowi na kolację? – Prawa-ręka-naszego-potencjalnego-wspólnika zaprosił nas do samochodu. Dochodziła północ… No pewnie, nie znam lepszej pory na kolację! Stres podróży nie pozostawił po sobie żadnych śladów.

Jechaliśmy przez najstarsze zamieszkałe miasto świata. Tu lepianki, tam wille. Konstrukcje raczej skromne i pełne fantazji, nieraz pochyłe. Drzwi niskie, zdobne. Przed restauracją Prawa-ręka-naszego-potencjalnego-wspólnika wręczył kluczyki od samochodu kelnerowi i wszedł do środka.

Nie boisz się, że samochód zniknie? – mimo wszystko wyobrażam sobie ten kraj jako odrobinę dziki.

Nigdy żaden nie zniknął w tym mieście. Popatrz idąc ulicą, prawie nikt nie zamyka tu samochodu. W środku możesz zostawić cały swój dobytek. Tu się nie kradnie, bo nie ma tych nieuczciwych turystów.

PRZY STOLE, AŻ PĘKNIESZ

Rozsiedliśmy się w przesadnie wysokich fotelach i rozejrzeliśmy wokół. Ciągle ktoś się modlił. Obsługa restauracji w wolnej chwili, czekający na danie klient. Nie na pokaz, tak jakoś naturalnie, z różańcem w kieszeni.

Przez ogromną przeszkloną ścianę rozpościerał się widok na całe miasto. Każdy meczet wyposażono w zielony neon. Ktoś zbił na tych neonach fortunę. Powiadomiono mnie, że na pagórku przede mną Kain zabił Abla. Możliwe. Tutaj czas nie istnieje, wydarzenia biblijne są Syryjczykom równie bliskie co ostatni sylwester. Poczułam się jak w bajce.

Doszedł nas zapach tego co my Polacy poetycko nazywamy rybą po grecku (jakież dziwaczne podróże odbywają przepisy!), no i oczywiście cieciorki. Daniom nie było końca. Najpierw mnóstwo warzywnych i rybnych przystawek, potem rozmaite szaszłyki. Tu prawie wszyscy są otyli. Szczególnie meżczyźni, ponieważ kobiety okazują im miłość nadziewając ich jedzeniem jak farszem, no i kobiety, ponieważ cały dzień gotują i podjadają.

Na trawienie każdy miał swoją własną Sziszę. Kopcili jak szaleni. Zaciągali się po każdym gryzie. Dumnie tłumaczyli mi, że jedzenie i palenie to ich dwa sporty narodowe.

Alkoholu w ogóle w restauracji nie było.

Myślałam dotąd, że Algida i Carte d’Or zalały już cały świat. Nic podobnego. W Syrii lody produkuje się kompletnie inaczej. Żadnych smaków do wyboru, żadnej masowej produkcji lodów. Istnieje tylko jeden: pistacjowy. Biała twarda masa przypomina mi trochę nasze stare lody w kostce, jednak słodycz i orzeszki pistacji nadają jej zupełnie nieznany charakter. Jak oni się uchowali z takim zupełnie nie przystającym do reszty świata przepisem?

 Dotarł do nas Ahmed, któremu Jego-prawa-ręka oddał głos. Młody człowiek z wiecznie dzwoniącymi dwoma telefonami komórkowymi, trader bananów. Odwiózł nas do hotelu przewyższającego przepychem wszelkie widziane przeze mnie zamki królewskie Europy i zasiedział się z nami w uroczym saloniku na świeżym powietrzu. To mi właśnie najlepiej działa na humor: przytulne poduchy i kanapy bezpośrednio na dworze, tu przecież nigdy nie pada! Dołączyła Rima, nie mówiąca w żadnym języku businesswoman z Libanu i przeszliśmy na system migowy. Opowiedziałam im o moim walizkowym nieszczęściu, żartom nie było końca.

NOWA GARDEROBA

Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego ranka znalazłam pod moimi drzwiami torbę pełną nowych ubrań w moim rozmiarze! Portier wyjaśnił, że podrzuciła je Rima. Nie mogłam uwierzyć… gościnność bez granic. Ubrałam się jak Syryjka od stóp do głów i ruszyłam zwiedzać miasto przed pracą.

WEZMĘ CIĘ ZA RĘKĘ

Mapa przewodnika Lonely Planet tylko umownie pokrywała się z rzeczywistością. W ciągu pięciu minut zmuszona byłam skręcić 37 razy, nie sposób tego zapamiętać ani rozpoznać domów! Bawiące się w ulicznym kurzu dzieci spoglądały na mnie wesoło, czasem któreś towarzyszyło mi przez chwilę. Żadne nie prosiło o pieniądze. Nie znali turystów, a jedynie rzadkich podróżników. A podróżnik rzecz święta, trzeba go ugościć.

Odwiedziłam najważniejsze zabytki, barwny targ i ruszyłam, trochę po omacku w drogę powrotną. Okazało się, że nie stanowi ona większego kłopotu! Uliczna dzieciarnia doskonale mnie pamiętała i dlatego teraz prowadziła mnie od zakrętu do zakrętu, od końca do początku trasy. Kiedy szłam w złą stronę, zaraz ktoś wołał z okna. Hej, tamtędy do twojego hotelu! Dzieci, kobiety, nawet mężczyźni, choć ci ostatni trzymali większy dystans. W kwadrans znalazłam się na powrót w hotelu Talisman. Czy mogę tu zamieszkać na zawsze?

SYRYJSKI SZPITAL

Po dwóch dniach zatrułam się tak srodze, że obiecałam solennie niczego już nigdy w życiu nie zjeść. Nasz ulubiony Prawa-ręka przyniósł ziółka, nie pomogło. Mówiący piękną angielszczyzną aptekarz dał rozmaite pigułki, nie pomogło. Czas umrzeć. Trudno, chociaż umrę szczęśliwa, patrząc na zdobny sufit i bajkowy żyrandol hotelowej komnaty. Pod wieczór Ahmad i jego Prawa ręka wsadzili mnie do samochodu i zawieźli na pogotowie. Nie spodziewałam się poprawy sytuacji, jakoś syryjski system ochrony zdrowia nie szczyci się sławą najbardziej nowoczesnego na świecie… Wnętrze nic się nie zmieniło od francuskich reform z lat czterdziestych. Ciekawe jak lekarstwa. Nie miałam jednak żadnych szans zrozumieć arabskich napisów na podawanych mi antybiotykach, dlatego poddałam się z miejsca.

Przeżyłam. To Syria nie przeżyła. Wojna domowa zachwiała odwieczną równowagą gościnności, otwarcia, uczciwości, radości życia.

Na wczorajszej kolacji w Londynie spotkałam prawniczkę z Syrii, znowu Rimę. Zaskakująco szczupła, nie przypomina mi niczym pulchnych gospodyń w fartuszku, które wiecznie widziałam na ekranie syryjskiej telewizji.

Kiedy byłaś w Syrii? – spytała mnie splatając błyszczące, długie włosy w gruby ogon.

Before.

________________________________________________________

linki:

 http://talismanhotels.com/

 

 

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s