Mongolia, kraina zwierząt

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nieraz zastanawiam się, co słychać u mojego mongolskiego konia Uurtaj. Na pewno jest już dorosła, szaleje sobie po bezkresnych stepach. A może ma źrebaki? Kiedy widziałam ją po raz pierwszy i zarazem ostatni, miała zaledwie cztery miesiące. Jej beżowa sierść pachniała mlekiem i kurzem. Mam nadzieję, że przeżyła ostatnią zimę, tam przecież nie ma żadnych stajni mimo srogich mrozów.

Chciałam ją ściągnąć do Europy, ale to nie miałoby sensu.

Na farmie, gdzie urodziła się Uurtaj, spędziłam jeden dzień. Niczym nie przypominała naszych gospodarstw. Nie stał tam ani jeden budynek, nie było ogrodzenia, stodoły, zagrody czy stajni. Ba, nie prowadziła do niego nawet żadna droga! Jurta, okrągły namiot pasterski, stanowiła centrum gospodarstwa, wokół którego krążyły luźno konie i owce. Na horyzoncie dostrzegłam kolejną jurtę i to by było na tyle widoków na cywilizację. Pasterze rozstawili się po wyludnionym stepie w odpowiedniej odległości, żeby sobie nie wchodzić w drogę. To zresztą nie takie trudne w najsłabiej zaludnionym kraju na świecie, mimo sąsiadowania z kipiącymi mieszkańcami Chinami. Raz na kilka godzin zagapione zwierzęta oddalały się przesadnie, wówczas pasterz wskakiwał na oklep na jednego z koni i zaganiał całe towarzystwo spowrotem do niewidzialnej zagrody. Wydaje mi się, że nieraz różne stada owiec mieszały się przypadkowo między sobą, tu nikt się takimi drobiazgami nie martwi.

Goszczący nas pasterz Temur mieszkał tu z żoną i synkiem, którego to malucha podejrzałam na przejażdżce konnej wokół namiotu. Skórzane czarne kozaki, haftowane spodnie i jedwabna koszula czyniły z niego replikę ojca. Jedynie specjalne siodło przypominało, że ten dumny jeździec musiał mieć niewiele lat. Spacerował wokół namiotu z wysoko podniesioną głową i zerkał na nas nieufnym wzrokiem. Było jasne, że to jego teren. Dopiero gdy zsiadł z konia, zdałam sobie sprawę z jego wieku. Trzylatek. Nieśmiałe maleństwo zniknęło gdzieś za szerokimi spodniami taty i tyle go widzieli.

Weszliśmy do środka. Niby taki szary namiot, obwiązany kaszmirowym filcem dla ocieplenia, a wewnątrz kolorowo jak w skansenie. Na środku stała kuchenka i kilka małych stoliczków ręcznie malowanych w cudowne pomarańczowe kwiaty. Drewniane taborety i pieńki zastępowały krzesła. Pod ścianami mieściły się meble, stanowiące cały dobytek rodziny: nieduża szafka na ubrania, porozwieszane garnuszki i szczoteczki do zębów, jedno łóżko, no i oczywiście telewizor. Za namiotem stały jeszcze panele słoneczne i zbiornik z wodą i na tym kończy się ich bogactwo.

Zaglądając za namiot dopatrzyłam się naszego obiadu w postaci, przynajmniej chwilowo, świeżo otwartej kozy, rozłożonej na ziemi. Temur dzielił ją obserwowany przez sennego psa. Do dziś nie rozumiem, dlaczego ten pies nie łasił się na mięso, tylko oglądał scenę jak ulubiony film z serii w starym kinie. Mój pies z pewnością niczego by nam na obiad nie zostawił!

Po odwiedzinach przyszłego obiadu zaproszono nas znów do środka. Ruszyła w obieg misa zsiadłego mleka klaczy, dzielona przez wszystkich niczym fajka pokoju. Końskie mleko przypominało mi mieszankę kefiru z wodą gazowaną. Pojadaliśmy do niego twarde jak kamień serki w kształcie gąsienic. Typowy pasterski przysmak, coś co się nigdy nie starzeje ani nie psuje, gdyż już jest właściwie stare i zepsute. Całkiem smaczne, tylko trzeba uważać, żeby nie połamać zębów.

Po trzech godzinach picia mleka na przemian z wódką na tyle się już zaprzyjaźniliśmy, że pozwolono mi wybrać sobie źrebaczka. To był dla mnie niezwykły prezent. Całe dzieciństwo marzyłam o jeździe konnej, choć nigdy nie udało mi się tego zrealizować.

W przeciwieństwie do dorosłych zwierząt, maluszki przywiązano sznurkiem, żeby się gdzieś nie zagubiły. Uurtaj spodobała mi się od pierwszej chwili. Uparta mina, zabawna jasna plama na ciele, poczochrana krótka grzywa. Godzinę zajęło mi zbliżanie się do niej, w ogóle nie wiedziała, co to człowiek. Polubiłyśmy się.

Gar z gotowym obiadem otwarto, trzeba było rozstać się z nową podopieczną. Kucharz wyciągnął na talerze gotowe danie: kawałki uduszonego mięsa, ziemniaki, warzywa i… kamienie!

Goście kolejno sięgali po gorące kamienie i popiskując podrzucali je sobie w dłoniach. Nie dało się tego trzymać, parzyło jak diabli. Co chwila wymiękaliśmy i podejmowaliśmy się ambitnego dzieła od początku, co bawiło Mongołów do łez. Te parzące kamienie trzyma się w dłoni po to, żeby wyciągnęły z człowieka wszystkie choroby. Resztę rzeczy z garnka zjada się już całkiem zwyczajnie.

Wróciłam do domu z wypiekami na policzkach. Miałam mnóstwo planów. Co prawda nie ściągnę Uurtaj do Europy, ale będę ją tu odwiedzać przy każdej kolejnej wizycie w Mongolii. Nauczę się jeździć konno, zdecyduję o jej przyszłości. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Temur nie ma internetu ani w ogóle nie umie pisać. Kontakt się urwał, a mój koń nadal zażywa wolności.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s