Biennale w Wenecji

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

We Włoszech panuje moda narzekania na Wenecję. Za dużo turystów, fatalne jedzenie, tłum i kicz. Niezdrowe powietrze, a w ogóle to na pewno niebawem zatonie. Przypomina to trochę marudzenie, że piękne kobiety są głupie.

Ale czy można nie kochać Wenecji i pięknych kobiet?

 

Zawsze wybieram się do Wenecji poza sezonem, żeby sobie na spokojnie pozwiedzać muzea. A ostatecznie dojeżdżam tam na wrześniowe biennale, przepycham się w tłumie, ścieram bez litości podeszwy butów, biegając między pawilonami i wyjeżdżam z żalem, że znów zbyt mało zwiedziłam.

 

W tym roku mój cel był podwójny. Po nieodżałowanym przegapieniu Cannes, chciałam koniecznie wpaść na festiwal kina, rozgrywający się tu w ramach biennale. Drugi cel stanowiła moja ulubiona wycieczka dookoła świata, czyli spacer po rozstawionych w Giardini pawilonach poszczególnych państw, rozwijających na wiele sposobów temat: COMMON GROUND. Zagadnienie arcyciekawe w chwili, gdy globalizacja pogrąża wszystkie ludy we wspólnym kryzysie.

Podoba mi się temat wspólnej przestrzeni, teraz nie czas na indywidualizm. Choć ta nowa masowość odbiega znacząco od modernizmu sprzed pół wieku. Nie ma już ujednolicania, zastępuje go zbiór indywidualnych potrzeb. A obok człowieka liczy się na nowo otaczająca go natura. Robi się zielono i jakoś tak ludzko.

Japończycy skupili się na projekcie prostych domów dla ofiar tsunami. Francuzi przypomnieli sobie walor lokalnych rozwiązań, szytych na miarę, dokładnie odwrotnie niż Le Corbusier. Duńczycy odnieśli się do raportu człowieka z naturą na mało znanej turystom Grenlandii, obdarowując zwiedzających chłodem lodowca i ostrym zapachem ryb. Amerykanie wreszcie ustawili genialną prezentację multimedialną, funkcjonującą na zasadzie: problem ekologiczny – konkretne rozwiązanie. Cała zabawa polegała na ściąganiu podwieszonych pod sufitem plakatów, które z kolei przesuwały na ścianie klocek, ukazując odpowiedź na nurtujące nas pytanie. Bawiliśmy się jak dzieci, jak przyjemnie obcować z mechanicznymi zabawkami zamiast komputera!

Po pewnym czasie moja zdolność zgłębiania złożonych wystaw obniżyła się znacząco i nawet przerwa na kanapkę nie wiele pomogła. Wówczas idealne okazały się pawilony: Holenderski i Polski. Tutaj artyści nie bali się zmarnować przestrzeni na przekazanie jednej tylko myśli. Katarzyna Krakowiak skupiła się na odgłosach. Całkowicie pusty budynek rozbrzmiewał nagłośnionymi dźwiękami z zewnątrz, buczał, drżał. Mój umęczony nadmiarem wrażeń wzrok mógł nareszcie odrobinę odpocząć, podczas gdy słuch odkrywał, jak architektura żyje dźwiękami, podsłuchiwaniem, izolowaniem.

W Holandii przesuwająca się zasłona dzieliła pomieszczenie na nowe, mniejsze pokoje. Jakże prostymi środkami architektura może odmienić wnętrze, dać mieszkańcom nowe życie. Moja rodzina urządziła sobie teatrzyk z wykorzystaniem okrągłej dziury w ruchomej kurtynie.

Absolutnym hitem okazał się pawilon rosyjski. Cała podłoga, ściany i sufit pokryte zostały kodami, które kryły w sobie rozmaite projekty, możliwe do odczytania za pomocą iPada. To było jak narkotyk: jeszcze jeden, jeszcze tylko jeden, i teraz już ostatni… nie dało się stamtąd wyjść. A same przedstawiane projekty? To już oddzielna historia, jak z opowieści „świat za sto lat”.

O ile sama Wenecja nie słynie z dobrej kuchni, to region Veneto wspaniale rozpieszcza smakoszy. Wieczorna kolacja w zupełnie nieznanej dziurze Sovizzo nie miała sobie równych.

 

Następnego dnia popłynęliśmy do Lido, wąskiej wyspy oddzielającej spokojną lagunę wenecką od otwartego morza. Nigdy tu nie byłam. Przestronne aleje, bogato kwitnące ogrody i piękne wille przypominały mi Sopot. Bezkresne plaże z uroczymi domkami prezentują się dokładnie tak jak w filmie Viscontiego „Śmierć w Wenecji”. Odrobina szykownej, rozpieszczonej melancholii. Opalające się obok mnie dostojne Wenecjanki nie pierwszej młodości nazywały swoje morze kałużą. Ładna mi kałuża.

Tuż przy plaży rozgrywał się istny pokaz mody, którego bohaterami były gwiazdy kina, reporterzy i tłumy wielbicieli kina. Rudowłosa Jessica Chastain mieszała się z tłumem, podczas gdy nikomu nieznany pan przemykał otoczony plutonem ochroniarzy i poganianych przez siebie fotografów. Niektórzy właśnie wracali z plaży w pełnych piasku sandałach, inni paradowali ubrani wieczorowo. Śmiesznie.

Dostałam się na prezentację najnowszego filmu szczodrze nagradzanego ostatnio wizjonera kina, Terrence’a Malicka. Jego tegoroczny eksperyment, To the wonder, traktował odwieczny temat jakim jest miłość. Doprowadzone do skrajności zagrywki poetyckie Malicka zostały wygwizdane przez prasę. Żadnych Złotych Lwów tym razem. Całkowity brak dialogów, historii, sztucznego oświetlenia. A co w takim razie pozostało? To już trzeba zobaczyć w kinie. Jeśli ktoś lubi denerwujące, prowokujące do refleksji filmy, takie jak dzieła Antonioniego czy braci Cohen, warto.

____________________________________________________________

linki:

http://www.labiennale.org/en/

http://en.turismovenezia.it/


 

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s