Gorączka złota

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jadąc samochodem z Ulan Bator do kopalni złota we wschodniej Mongolii wspominałam lekcje techniki z podstawówki. Smarowaliśmy na nich przez całą godzinę czarnym węglem po kartce, a następnie sklejaliśmy ją w rulon na kształt odświętnej czapki górnika. Sierp i młot doczepialiśmy oddzielnie, nad czołem. W dzień Świętej Barbary nauczycielka opowiadała nam mrożące krew w żyłach historie o pełnym zagrożeń życiu pod ziemią. Baliśmy się i podziwialiśmy bohaterów narodowych. Teraz przypomniała mi się ta czapka i wyobraziłam sobie mongolskiego górnika gramolącego się z kopalni złota na światło dzienne, całego wysmarowanego połyskującym pyłem, w złotej czapce z pomponem ? la Gengis Khan. Nie mogłam przegapić takiej wycieczki.

 

Zaraz za miastem skończyła się droga. Nie tyle asfalt co w ogóle jakikolwiek ślad ludzkiej obecności. Kierowca położył na desce rozdzielczej kompas, a siedzący obok niego geolog wyciągnął mapy i zabrał się za obliczanie azymutu. Przypominało to żeglugę po bezkresnym morzu.

 

Łagodne pagórki pokrywała soczysta zieleń. Karłowate drzewka były rzadkością, z reguły roślinność nie przekraczała 70 cm wysokości. Przez następne trzy godziny nie napotkaliśmy żadnego domu, ani nawet stada owiec. Lipcowe słońce grzało mocno, drapieżne ptaszyska przyglądały się naszym samochodom z zaciekawieniem. Niekiedy napotykaliśmy głębokie rowy, w które nie należało wpadać, kto by nas potem szukał? Objazdy przedłużały podróż, ale dla Mongołów to normalny rytm przemieszczania się po kraju.

 

Koło południa karawan stanął nagle pośród kwiatów. Geolodzy rozeszli się po łące, nawet się za nami nie oglądając. To właśnie kopalnia złota, poinformował nas jeden na odchodnym. Wyciągnął notes, narzędzia do pomiarów i mapy, po czym zabrał się do pracy.

 

Kopalnia polegała na wielkim na 60 kilometrów kwadratowych terenie, ani ogrodzonym, ani strzeżonym, podejrzanym o wysoką zawartość złota w ziemi. Przed wyborem najlepszego do kopania punktu trzeba starannie przyjrzeć się rosnącej tu roślinności, zasięgnąć opinii szamana oraz geologów. Maszyny kopalniane piekielnie drogo kosztują, a ich transport nie mniej. Wybrać dobre miejsce na tak dużym terenie to jak szukać, gdzie w hektarowym ogrodzie najlepiej zasiać ziarnko grochu.

Jeśli szczęście dopisze poszukiwaczom złota, z tony wyciągniętej ziemi wydobędą pięc gramów cennego kamienia. Na brudzenie kapelusza górnika już nie starczy.

 

Po półgodzinnym spacerze dostrzegłam jednego z kanadyjskich naukowców zbiegającego radośnie z pagórka, wymachując bukietem zielska. Znalazł mieszankę wskazującą na wysoką zawartość złota w glebie. Ciekawe, czy podczas jego studiów geologii w Toronto przyszło mu kiedyś do głowy, że będzie zbierał bukiety chwastów na mongolskich łąkach. Geolodzy tak się zapalili widokiem zielska, że w wirze zapisywania współrzędnych i układania kamyków dla oznaczenia miejsca nie zauważyli pierwszych piorunów. Ja wycofałam się do samochodu i patrzyłam co się bedzie dalej działo. Niebo podzieliło się na dwie kompletnie nie współgrające ze sobą części: jedna błękitna, druga z niskimi grafitowymi chmurami. Po chwili spływający po okularach głównego geologa deszcz zagonił całą ekipę do mercedesa i ruszyliśmy ku stolicy.

 

Ulewa trwała krótko, dlatego nie zdawaliśmy sobie sprawy z jej konsekwencji. Owszem, zauważyłam kilka nie istniejących wcześniej rzek, które zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Trzy godziny później mieliśmy napotkać pozostałości po ulewie w mieście: tam poszło nieco gorzej. Najpierw minęliśmy nowo powstałe rozlewiska, z których sterczały czubki namiotów. Kolejny widok stanowiła zatopiona ciężarówka, którą kierowca nieopatrznie zaparkował w dolince. Im bliżej miasta, tym więcej zniszczeń. Niektóre domy zalało do drugiego piętra.

Jedna trzecia mieszkańców stolicy prowadzi nadal koczownicze życie: trochę na stepie a trochę w namiotach stawianych w mieście gdzie popadnie. Na zaśmieconym podwórku, na wysokich piętrach bloku, którego budowa się zatrzymała, gdziekolwiek. Ci koczownicy stają się potem pierwszymi ofiarami ulew takich, jak dzisiejsza.

 

Mongolscy towarzysze patrzyli na to niewzruszeni. W tym kraju temperatura zimą często dochodzi do -50 stopni. Ziemia, oprócz cienkiej warstwy na powierzchni, nigdy na dobre nie rozmarza. Dlatego deszcz nie ma w co wsiąkać. Ulewa zatapia pół miasta, a już następnego dnia słońce z wiatrem osuszają wszystko i sytuacja wraca do normy. Oprócz tych, co zginęli albo potracili domy. Mongołowie wzruszają ramionami i żyją dalej. Gigantyczny Gengis Khan na wzgórzu króluje niewzruszony nad dramatami rozgrywającymi się w stolicy. Żywioły przyjmuje się tu z buddyjskim spokojem.

 

Na cześć ukrytego w ziemi złota zrobiłam czekoladki ze schowaną w środku złocistą skórką pomarańczową.

Przepis na Czekoladki ze skórką pomarańczową

 

 

___________________________________________________________

linki:

http://www.asiaminer.com/

http://www.mongoliatourism.gov.mn/

http://www.discovermongolia.mn/

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s