Sardyńska długowieczność

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Przyjeżdżam na Sardynię, żeby wydłużyć sobie życie. W całej Europie nie ma drugiego miejsca, gdzie ludzie żyją tak długo i w dodatku w tak dobrym zdrowiu. To świetna wymówka, żeby spędzić tu trochę czasu. Powiedzmy, że liczę na supermarketową promocję: dwa opakowania w cenie jednego. Za miesiąc spędzony na wyspie dostajesz dodatkowy miesiąc życia gratis. To przyjemna perspektywa. A, że nieweryfikowalna, mogę ją stosować bezkarnie.

 

SETKA TO POCZĄTEK

Na Sardynii aż 3000 spośród 1,6 miliona mieszkańców ma w tej chwili ponad sto lat. Mieszka tu najstarsza na świecie rodzina: aż dziewięcioro rodzeństwa Melis w wieku między 78 a 105. Każde z nich sprawne, przy czym dziewięćdziesięciolatki pracują pełną parą, a po setce jedynie na pół gwizdka.

 

TAJEMNICA W GARNKU

Na lokalną mieszankę długowiecznych genów nie mam już szans. W takim razie próbuję przyobserwować tutejszą kuchnię i styl życia. I znowu porażka: dobry wpływ lokalnej diety na zdrowie pozostaje tajemnicą. Sardowie żywią się głównie mięsem oraz produktami mącznymi, popijając winem i likierem z mirtu. Kiełbaska, prosiaczek, owczy ser, nawet w największe upały. Warzywa i owoce ograniczane są do przyprawy. Ale, co najdziwniejsze: prawie nikt tu nie jada ryb! Nie ma chyba na świecie drugiej takiej wyspy, gdzie ludzie ani nie umieją pływać, ani nie jedzą ryb, ani w ogóle nie przepadają za morzem. Tu już dwa kilometry od wody wiedzie się wiejskie życie: owce i kozy pasą się na każdym zboczu, a baby we wsi produkują ser. Do owiec trzeba wstać o 4 rano, a pracy jest przy nich do północy. Na plażę nikt nie ma czasu ani ochoty.

 

Zajadam się lokalnym chlebem carasau i makaronem malloreddus.

Sardowie zniechecają obcych do wypieku tego cieniusieńkiego i chrupiącego pieczywa. Jego przygotowanie wymaga nie tylko 2 dni pracy ale i pieca na pizze rozgrzanego do temperatury 400 stopni. Tylko w takim cieple chleb spuchnie jak poszewka na poduszce tworząc dwa cieniutkie opłatki. Trudno, trzeba po niego jeździć na wyspę.

 

Łatwa okazuje się za to domowa produkcja makaronu malloreddus, który sardyńskie gospodynie nadal często wyrabiają dla swoich rodzin. Jaki czuły gest wobec gości, każda muszelka ręcznie skręcana. Oczywiście wymaga to czasu. Może tak niedzielny poranek?

Przepis na malloreddus

 

PROSTOTA PASTERSKIEGO ŻYCIA

Zauważyłam, że jedno łączy ulubione przysmaki Sardów: tutaj wszystko jest twarde i zbite. Sery mocno posolone i sezonowane. Wędliny podsuszone. Lokalna forma makaronu, malloreddus, gruba i krótka. Chleb płaski. Ciasteczka niewyrośnięte, ciężkie jak kamienie, z gęstymi nadzieniami. Żadnej wody, żadnego powietrza, żadnych kremów. Jedzenie konkretne, proste, nie psujące się nawet przez kilka dni spędzonych na pastwisku. Ten styl daje mi poczucie nieograniczonej wolności. Pakuję sobie do worka smakołyki i wyruszam w drogę na wycieczkę pooglądać powykrzywiane w rozmaite kształty skały. Może wrócę do domu niedługo, może nie. Jestem zabezpieczona od głodu. A woda? Wody nigdy na Sardynii nie było za dużo: tyle co sobie sam przytargasz ze studni, jeśli nie wyschła. Lepiej się nie przyzwyczajać do picia dużych ilości. Ten styl życia ma w sobie dużo uroku i pachnie zdrowiem.

 

Zachwyceni wycieczką w góry zagadujemy brodatego pasterza Peppino, który sprzedaje swoje owcze sery przy plażowym parkingu. Pokazałby nam swoje owce? To mógłby być wspaniały spacer z dzieciakami.

Nie. Owce są jego, co tu oglądać.

Jeszcze chwilę temu uśmiechnięty, teraz odwraca się do nas plecami. Dopiero od innych hodowców dowiadujemy się, dlaczego nasze pytanie było tak absurdalne. Sardyński pasterz nigdy nie pokazuje swoich owiec. Jeden spośród nich ani jednej nocy w życiu nie spał we własnym domu. Turlał po pastwiskach podłużną beczkę na paliwo, w której urządzał sobie legowisko. „Gdybym spał w domu, każdy by wiedział, gdzie mnie znaleźć. Zabili by mnie i zabrali stado. Tak mnie nie dopadną.”

 

CÓŻ… TRZEBA BĘDZIE TU JESZCZE WRÓCIĆ

Widzę, że poszukiwanie sekretu długowieczności jeszcze trochę mi zajmie. Kto wie, może po prostu wystarczy tu przebywać, oddychać sardyńskim powietrzem, ewentualnie popasać owce od czasu do czasu? A może odwrotnie, kto nie urodził się Sardem znajduje się i tak na straconej pozycji? Sardynia to nie tylko jedzenie i pasanie owiec. Jej głębię odkrywam powoli, ponieważ miejscowi nie lubią oprowadzać turystów i dzielić się z nimi informacjami. Dlatego wgryzam się stopniowo w ich rytuały, ziołolecznictwo, obyczaje, opowieści. Krok po kroku, poznaję tylko tyle ile oni chcą mi przekazać. Zamknięci są na obcych, trzymają swoje tajemnice dla siebie. Dużo trzeba, żeby ich sobie zjednać, lubię takie wyzwania.

 

_____________________________________________________________

linki:

 

http://www.sardegnaturismo.it/en

http://www.slow-chic-sardinia.com/index.html

http://www.ryanair.com/pl

 

 

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s